niedziela, 31 sierpnia 2014

Avignon

Dzień czwarty w Prowansji rozpoczynamy przepysznym śniadankiem, które przygotowała dla nas Lila. Świeżutkie bagietki, swojskie dżemiki, kozie serki, czego chcieć więcej :) Przed wyjazdem Lila dała nam jeszcze kilka wskazówek, co powinniśmy zobaczyć po drodze. Zapakowaliśmy nasze manatki i z trudem pożegnaliśmy się z Les Mas de Lila. To była idealna miejscówka na nocleg pod każdym względem. Zdecydowanie polecam! Plan na dziś to urocze miasteczko - Avignon. Znowu mieliśmy mega szczęście, bo trafiliśmy na festiwal teatralny, który odbywa się co roku latem. W tym roku od 4 do 27 lipca, czyli prawie cały miesiąc. Nie wiem jak wygląda to miasteczko w porze poza festiwalowej, ale w jego trakcie zupełnie nas oczarowało.








Do Avignonu mieliśmy zaledwie 30 km, tak więc byliśmy tam już przed południem. Na bezpłatnym parkingu poza murami starówki nie znaleźliśmy już niestety wolnej miejscówki, wjechaliśmy zatem do centrum. Tutaj chyba mieliśmy farta, bo szybko znaleźliśmy miejsce. Próbujemy rozszyfrować na parkomacie, jak zrobić, żeby zapłacić na dłużej niż 2 godziny, bo parkomat ewidentnie nie chciał przyjąć od nas więcej niż 2 euro. Na szczęście, przechodzący obok pan widząc naszą bezradność, poinformował nas, że do 14:00 nie musimy w ogóle płacić. No to super :) Ruszamy zatem do centrum. Od razu widać, że to miasto ma duszę, taniec, śpiewy, muzyka, aż nogi same podrygują. Pierwsze co rzuca nam się w oczy to, że każdy słup i mur oklejony jest plakatami reklamujące przeróżne filmy i spektakle teatralne na które zjeżdżają się tłumy turystów z całego świata. Od razu żałujemy, że nie rozumiemy po francusku na tyle, żeby obejrzeć jakąś sztukę.










Kiedy tylko weszliśmy na rynek Avignonu, od razu pobiegłam do karuzeli. Piękna, kolorowa, dwupiętrowa, zachowana w XIX wiecznym stylu. Marzyła mi się na niej sesja zdjęciowa w tiulowej spódnicy, ale ta nie doszła niestety na czas no i musiało mi wystarczyć pogapienie się na nią i zrobieniu kilku fotek. Wieczorem musiało to wyglądać jeszcze bardziej spektakularnie, niestety nie mielimy okazji zobaczyć.








Widać, że całe miasto żyło ulicznymi spektaklami, w zasadzie w każdej wąskiej uliczce coś się działo. Najczęściej odbywały się króciutkie, kilkuminutowe przedstawienia zachęcające turystów do przyjścia na całą sztukę. Co kawałek rozbrzmiewała wspaniała muzyka. Można było posłuchać mini koncertów. Ta piękna pani poniżej, tak nas ujęła swoim głosikiem, że odejść nie mogliśmy. W końcu kupiliśmy jej płytę i do końca naszych wojaży po Prowansji słuchaliśmy w kółko (czyli tak mniej więcej ze 20 razy :))









Kiedy już poczuliśmy lekkie zmęczenie udaliśmy się do głównej atrakcji turystycznej Avignonu, czyli do Pałacu Papieskiego, gdzie kiedyś była właśnie siedziba papieży. Do samego wnętrza nie wchodziliśmy, bo jakoś nie specjalnie przepadamy za tego typu atrakcjami, ale z zewnątrz pstryknęliśmy kilka fotek. Udaliśmy się też do ogrodów na tyłach pałacu, żeby w cieniu starych drzew troszkę odpocząć od słonka i upału, który w tym dniu, był taki jak na Prowansję przystało. W ogrodach można odsapnąć, pooglądać wspaniałe widoki rozpościerające się na Rodan, oraz na słynny średniowieczny most który miał połączyć Avignon z Villeneuve-lès-Avignon. Miał, ponieważ wg jednej legendy, nigdy nie został dokończony, a wg innej legendy połowa mostu została zburzona. Niestety nikt nie wie która z tych legend jest prawdziwa. Dziś możemy zobaczyć jedynie połowę mostu.










Po małym odpoczynku w papieskich ogrodach spacerujemy sobie nadal w wąskim labiryncie uliczek, snując pomiędzy tłumami turystów, zatrzymując co chwilkę, żeby pooglądać ciekawe postacie, śmieszne scenki, panie wyginające się giętko na rurze, czy też postacie niczym z Disneylandu.









W końcu musimy coś zjeść. Weszliśmy do małego Atelier, żeby zasięgnąć opinii tutejszych. Pani doradziła nam restaurację przy Palais de Papes. Tam też się udaliśmy, a menu zdecydowanie zachęciło nas do wejścia do środka. Bardzo przyjemne miejsce, z zamontowanymi zraszaczami, które idealnie przydają się podczas upałów. Marcel zamówił standardowo jakiegoś steka, a ja skusiłam się na marynowaną kaczkę. Jedzonko palce lizać, a smak tej kaczki zostanie na długo w mojej pamięci. Miejsce godne polecenia na lunch czy też obiadek.






Po obiedzie, postanowiliśmy się udać do Villeneuve-lès-Avignon na drugą stronę Rodanu, aby zobaczyć pałac papieski z drugiej strony rzeki. Zdecydowanie było warto. Wyszliśmy na niewielką wieżyczkę skąd rozpościerały się wspaniałe widoki. Stąd też można zrobić fają fotkę panoramiczną pałacu. Ponieważ niestety nie udało nam się zarezerwować noclegu w samym Avignonie ( zapewne z powodu festiwalu teatralnego) pojechaliśmy od razu do naszego kolejnego punku podróży, do Orange.









Hotel w Orange na zdjęciach może i wygląda całkiem spoko, ale szczerze mówiąc drugi raz bym się tam nie zatrzymała, ani też nikomu bym go nie poleciła. Lokalizacja przy dworcu, do centrum z 20 min na piechtę. W całym hotelu unosił się dziwny zapaszek, jakby stęchlizny czy coś, pan na recepcji też pierwszej świeżości nie był, koszula trzydniowa, aż szczypało po oczach. Pokoiki miniaturowe. Ciężko było otworzyć walizkę. Jedyne co mieli to fajny ogródek, w którym i tak nie mieliśmy czasu siedzieć.




Informacje praktyczne:

Obiad w Restauracja Palais des Papes - 38 euro
Wstęp na wieżę w Villeneuve-lès-Avignon- 1,5 euro
Citotel de Provence - pokój 65 euro bez śniadania
Avignon-Orange- ok 30 km