czwartek, 30 października 2014

Halloween

Dawno nie było ciekawostek z Wiatrakowa...a dziś jest dobry moment, żeby o tym napisać. Wiecie, że w Holandii nie obchodzi się dnia zmarłych? Nie ma tej całej atmosfery związanej z Wszystkimi Świętymi. Nie ma ton zniczy w sklepach, chryzantem, ani stroików. Nikt nie idzie na groby (tych zresztą tutaj jak na lekarstwo) nie ma też dnia wolnego od pracy. Szkoda. Trochę mi tego tutaj brakuje. Co prawda, nie miałabym tutaj kogo na tym cmentarzu odwiedzać, ale jakoś tak dziwnie. Co drugi rok jestem na ten czas w Polsce, żeby odwiedzić mojego kochanego papcia, ale w tym roku niestety nie będę...:(

Dla pocieszenia kupiłam sobie kilka dyni, chryzantemy i mam taką moją namiastkę tego dnia, trochę zhamerykanizowaną, ale co tam :) A wy lubicie Halloweenowe szaleństwo?








poniedziałek, 27 października 2014

Prowansja - Poradnik

Kiedy jechaćto właściwie najważniejsze pytanie, które sobie stawiamy wybierając ten kierunek. Naszukałam się sporo w internecie zanim znalazłam właściwą odpowiedź. Oczywiście dla nas najważniejszym celem były pola lawendy, piękne, duże i mega fioletowe, czyli nie przekwitnięte, ale też wystarczająco rozwinięte by uchwycić ich kolor. Okazało się, że wcale nie jest łatwo znaleść w sieci rzetelne informacje. Było ich dużo, ale często rozbieżne. A informacja, że lawenda kwitnie od końca czerwca do połowy sierpnia do niczego nam się nie przyda. Uściśliliśmy, że w rejonie, który nas interesuje najlepiej pojechać w lipcu, ale dopiero kiedy napisałam maila do opactwa Senanque, dopiero dostałam satysfakcjonującą mnie odpowiedź. Jeśli wybieracie się na poszukiwania lawendy w rejony Simiane La Rotonde, Sault, Valensole to najlepiej udajcie się tam od 01 do 10 lipca. My w tych rejonach przebywaliśmy od 9 do 11 lipca i szczerze mówiąc tylko w okolicach Valensole trafiliśmy na najpiękniej rozwiniętą lawendę. Ponieważ jest troszkę wyżej, lawenda kwitnie ciut później, w pozostałych miejscach byliśmy kilka dni za późno. Dlatego pierwszy tydzień lipca będzie idealny. Wtedy również kwitną słoneczniki. Pod tym linkiem znajdziecie mapę kwitnienia lawendy również w innych miejscach, aczkolwiek za jej wiarygodność nie biorę odpowiedzialności.

Ile czasu potrzeba na zobaczenie Prowansji -10 dni to optymalny czas. Pewno w tydzień też uda się zobaczyć najważniejsze punkty, ale ciężko byłoby mi wymienić 3 miejsca z naszej listy, które moglibyście sobie darować. Natomiast gdyby doskoczyły ze 3-4 dni do naszego planu to na pewno rozszerzylibyśmy go o Monaco i Cannes, może na jedną noc zatrzymalibyśmy się w Valensole, tak żeby głębiej odetchnąć lawendą :). No i nie ma co ukrywać, że nasz plan był mocno napięty i w zasadzie na leniuchowanie czasu nie było, więc jeśli macie ochotę powygrzewać się w słonku na Lazurowym Wybrzeżu to myślę, że dwa tygodnie to minimum.

Wynajęcie samochodu - w zasadzie to nie wyobrażam sobie podróżowania po Prowansji innym środkiem transportu niż samochód. Jeśli przyjeżdżacie swoim trzeba się liczyć z dość sporymi kosztami benzyny. Myślę, podróż dla dwóch osób taniej wyjdzie jeśli przylecimy np do Marsylii tanimi liniami i tam wypożyczymy samochód. My zarezerwowaliśmy samochód na stronie Rentalcars i skorzystaliśmy z wypożyczalni Thrifty. Mieli najlepszą ofertę. Za Nissana Mikrę za 10 dni zapłaciliśmy 300 euro. Nie wykupowaliśmy żadnego dodatkowego ubezpieczenia. Na karcie zablokowano nam tylko 180 euro, które po tygodniu od powrotu zostało odblokowane. Już drugi raz korzystaliśmy z tej wypożyczalni i wszystko w jak najlepszym porządku. Tak więc polecam.

Gdzie spać -  nie ukrywam, że poszukiwanie miejsc noclegowych zajęło mi chyba najwięcej czasu. Jak się okazało, zabrałam się za ich szukanie zdecydowanie za późno, bo dopiero w maju, czyli ok 2 miesiące przed wylotem. Wtedy już prawie 80% wszystkich miejscówek było zarezerwowane. Zostały tylko same drogie, albo te z najgorszymi opiniami. Wtedy na pomoc przyszło mi kilka stron francuskich, na których wybór był trochę większy. Ale z kolei trzeba było do każdego Chambre pisać maila z zapytaniem o dostępność. Nie wszyscy odpisywali, niektórzy po francusku. Sporo stresu mnie to wszystko kosztowało, bo czas leciał, a ja dalej nie miałam noclegów. Do tego trzeba też pamiętać, że wiele pokoi może być wynajęte jedynie na tydzień, szczególnie w sezonie, czyli wtedy gdy kwitnie lawenda. Tak więc radzę rezerwować pokoje tak szybko jak to się tylko da. Tutaj kilka linków do francuskich stronek z Chambre, a także z domkami, w razie gdyby ktoś miał ochotę stacjonować w jednym miejscu w większym gronie: Gites de France, The best bed and breakfast France, Chambres - Hotels.

Jedzenie -zaskoczyło nas totalnie. Jakoś nigdy nie gustowałam we francuskiej kuchni, zawsze bliżej mi było do włoskiej, a tutaj taka niespodzianka. Kubki smakowe miały ucztę niemalże przy każdej kolacji. Co mi się najbardziej podobało to duży wybór w sałatkach. Chyba nie trafiliśmy na złą, ba nawet na przeciętną. Każdy lunch był mega pyszny. Wiele restauracji i kawiarenek bazuje na produktach ekologicznych i swojskich wyrobach. Naprawdę było w czym wybierać. Kolacje też pyszne, marynowane kaczki, króliki, wątróbki i inne dziwne potrawki. Wszystko dosmakowane i co najważniejsze nie jakoś ekstremalnie drogie. Najczęściej na kolację zamawialiśmy obiad 3 daniowy. Przystawka, danie główne i deser co w sumie kosztowało ok 20-25 euro. Wiele razy zamawialiśmy danie dania, czyli tzw petit dejeuner, który był zwykle tańszy niż pozostałe zestawy i zawsze było smaczne. Śniadania mieliśmy często w cenie noclegu, w pozostałych przypadkach posiłkowaliśmy się pysznymi kroasantami i bagietkami z serem :)

Ceny -no tutaj nie mam niestety dobrych wieści. Prowansja jest droga. Szczególnie właśnie w sezonie. Najgorsze były noclegi. Musiałam nieźle balansować, żeby nie puścić naszego portfela z dymem. Wszystkie urocze lokalizacje się cenią od 75 do 100 euro za nocleg. Dlatego też w miejscach, gdzie nam za bardzo nie zależało na widokach rekompensowaliśmy sobie Ibisem Budget, który wychodził ok 35-40 euro za pokój, co nie zmienia faktu, że średnia za noclegi wyszła nam ok 70 euro za noc, czyli w sumie ok 700 euro za 10 dni. Wypożyczenie samochodu 300 euro za 10 dni, bez ubezpieczenia, z ubezpieczeniem ok 200 euro więcej. Bilety lotnicze z bagażem rejestrowanym 280 euro. Benzyna 1,7 euro za litr. Zrobiliśmy około 800 kilometrów i na benzynę wydaliśmy ok 140 euro. Do tego wstępy, które też niestety do najtańszych nie należą, no i to pyszne jedzonko, które może zawrotnie drogie nie było, ale stołując się dwa razy dziennie w restauracjach 100 euro na dzień pęka jak nic. Suma sumarum 10 dni w Prowansji wyszło nas mniej więcej tyle samo co 3 tygodnie w Tajlandii. Teraz już wiem dlaczego nie lubię wakacji w Europie, co nie zmienia faktu, że nie żałujemy ani jednej wydanej złotówki, bo to była jedna z piękniejszych podróży jakie odbyliśmy :)

Strony, linki przydatne przy planowaniu podróży - planując naszą wyprawę po Prowansji przetrząsnęłam chyba cały internet w poszukiwaniu cennych informacji, niestety nie znalazłam ich zbyt wiele. Relacje innych podróżników najczęściej kończyły się na Lazurowym Wybrzeżu. Jednak znalazłam jednego bardzo fajnego bloga, prowadzonego przez Sebastiana, z dużą ilość cennych wskazówek: Prowansja. To z niego zaczerpnęłam najwięcej informacji, a Sebastian to bardzo miły i pomocny chłopak. No i oczywiście w razie pytań możecie jak zawsze liczyć na moją pomoc :)

A na koniec filmik z Prowansji, mam nadzieję, że się wam spodoba i zachęci to zobaczenia tego pięknego zakątka na ziemi :) Całuje i do następnej podróży :)

Aaaa...wiem, że pewno pasowałyby bardziej do tego slajdu jakieś francuskie piosenki, ale te nie zostały tutaj wkomponowane przez przypadek :) To właśnie piosenki z płyty, którą kupiliśmy w Avignon. Podczas podróży przesłuchaliśmy ją chyba z 20 razy i to właśnie z nimi będziemy już na zawsze będziemy kojarzyć Prowansje. Tylko nie wiem czemu drugą piosenkę strasznie źle mi skonwertowało...buuu...musicie trochę głośność przyciszyć...:)



piątek, 24 października 2014

Zaczynamy nowe życie - zdrowe życie!

Czy wy też macie takie wrażenie, że w ostatnich czasach prawie wszyscy w najbliższym otoczeniu umierają na raka? Kiedy dochodzą mnie smutne wieści, że ktoś z rodziny lub znajomych zmarł, to pierwsze co pytam, a co się stało? Czemu tak nagle? Ano rak. Rzadko już się słyszy, że ktoś zmarł na zawał czy na wylew, albo po prostu ze starości. Rak zabiera powoli wszystkich. Zabiera starych, zabiera młodych, zabiera dzieci. Zabrał mi tatę, wujka, sąsiada, kilku znajomych. Cudem ocalał mi teściu i najbliższa przyjaciółka. Nie wyliczając osób, które miały łagodne zmiany i na szczęście skończyło się jedynie na operacji. Kiedyś każda wiadomość o śmierci kolejnej znajomej osoby na jakiś rodzaj nowotworu przerażała mnie, ale myślałam sobie, przecież to tylko wyjątki, na pewno nie dopadnie mnie. Poza tym jestem jeszcze młoda, ludzie w tym wieku nie umierają. Później zaczęłam się z tym coraz bardziej oswajać, przestało mnie dziwić, że poległa kolejna ofiara tego paskudztwa. Aż w końcu doszło do tego, że pogodziłam się z tym, że on kiedyś zabierze nas wszystkich w tym również mnie. Pytanie tylko kiedy? Jak będę sędziwą staruszką, no trudno, na coś trzeba umrzeć. Jak będę mieć 50 lat? Hmm...to jeszcze zostało mi jakieś 16, niby sporo, ale jak pomyślę, że ostatnie 16 minęło jak z bicza strzelił, to już mniej mi do śmiechu. A może jak będę mieć 36 lat i zabierze mnie jak Anię Przybylską, tylko, że mniej osób będzie za mną płakać. Bardzo przeżyłam śmierć Ani, to że zostawiła wspaniałego męża, maleńkie dzieci. To, że one już nigdy jej nie zobaczą, a ona nigdy nie usłyszy "mamo". I w końcu to uczucie, jakie ono musi być straszne, wiesz, że umierasz...i że już ich nigdy nie zobaczysz...Nie umiem sobie tego wyobrazić. W mojej małej główce to się po prostu nie mieści. Ból musi być okropny, serce na pół pęka. Wtedy uświadamiasz sobie, jakie życie jest kruche. Jednocześnie chciałbyś coś zrobić, żeby ciebie jednak to nie dotknęło.

Zastanawiasz się czy faktycznie nic nie możesz zrobić, czy faktycznie jedyne co pozostało ci to czekanie, czy będziesz tym szczęśliwcem, którego rak ominie, czy tym pechowcem którego dopadnie. Wrzucasz w google hasło: "jak chronić się przed rakiem" i co ci wyskakuje? Hasła pt: rzuć palenie, wystrzegaj się otyłości, bądź aktywny, jedz owoce i warzywa 5 razy dziennie, ogranicz picie alkoholu, unikaj nadmiernej ekspozycji na słońce, wysypiaj się, nie stresuj. No i myślisz sobie, eee to nie jest tak źle. Nie pale, alkoholu nie piję w ogóle, gruba nie jestem, owoce uwielbiam i jem ich codziennie całkiem sporą ilość, warzyw w naszej diecie też nie brakuje, staramy się jeść bardzo różnorodnie, nie tylko ziemniaki, ale też dużo ryżu, makaronu, sałatek, mięso też w miarę różne i co najważniejsze nie tłuste. Kilka razy w tygodniu ćwiczę na macie, więc jestem aktywna. Wychodząc na słońce zawsze używam kremu z wysokim filtrem, bo mam jasną karnację. Śpię dużo, 8 godzin minimum, czasami dłużej jak mi się nie chce wstać. Stres? Kto go nie ma, no ale bez przesady, kłębkiem nerwów nie jestem. Cola, słodycze, chipsy - no dobra, tutaj przyznaje się bez bicia, uwielbiam je i choć zachowuje umiar to nie umiem sobie życia bez nich wyobrazić. Tym oto sposobem dochodzę do wniosku, że w takim razie "żyje w miarę zdrowo". Sumienie uspokojone. Żyjemy sobie dalej. I tak pewnego dnia natykam się na pewien artykuł, który daje mi mocno do myślenia, potem trafiam na kolejny i kolejny, i tak po dwóch tygodniach czytania, wywraca się moje życie do góry nogami.

Tak naprawę wcale nie żyję zdrowo, mój żołądek to jeden wielki śmietnik, to że nie mam ani nałogów, ani nadwagi o niczym nie świadczy. Ilość owoców i warzyw, które spożywam jest daleka od tej którą mój organizm potrzebuje. Pyszne bagietki, bułeczki z chudą szyneczką, ciasteczka, makaron i inne mączne przetwory to najgorsze co możemy w siebie wrzucać. Masło roślinne jest gorsze od masła krowiego. Mleko i jego pochodne są nie zdrowe. Stosowanie kremów z filtrem jest bardziej szkodliwe niż ich nie stosowanie. Długi sen - wcale nie równa się dobry sen. Na półce w łazience czeka na mnie cały arsenał parabenów. Pasta do zębów zawierająca fluor okazuje się być niebezpieczna. W antyperspirancie siedzi aluminium, które może powodować raka piersi. W szmince czai się ołów, który jest bardzo toksyczny dla organizmu. To tylko kilka przykładów, lista takich cudeniek jest na prawdę baaardzo długa i uwierzcie mi, że po dwóch tygodnia czytania tego wszystkiego spać nie mogłam. O wielu rzeczach naturalnie wcześniej słyszałam, ale jakoś nigdy nie pofatygowałam się, żeby zgłębić swoją wiedzę, żeby poczytać w sklepie skład produktu, żeby chociaż sprawdzić co dany składnik oznacza. Tak sobie po prostu żyjemy, bo tak nam wygodnie, bo zakupy robimy w pośpiechu, kto by tam czytał skład, zresztą co nam to da, kiedy wszystko niemal po chińsku. Za bardzo skomplikowane. Wymaga od nas za dużo czasu, poświęcenia, uwagi. Czyżby? Może jednak warto się zatrzymać, zgłębić wiedzę, uświadomić. To nic nie kosztuje, a możemy wiele zyskać. W końcu chodzi o nasze życie, o zdrowie nasze i naszej rodziny!

Pisze to wszystko po to, żeby was uświadomić, że wcale nie musimy czekać, aż rak czy inna choroba zapuka do naszych drzwi. Możemy wyjść mu na przeciwko, możemy z nim zacząć walczyć, zanim na dobre się u nas rozgości. Bo tak naprawdę raka ma każdy z nas. Pytanie tylko czy się uaktywni czy nie. Słowo rak to oczywiście tutaj skrót myślowy chodzi mi dokładnie o grzyba Candida, który uaktywnia się w momencie, kiedy nasz organizm jest mocno zakwaszony właśnie tym świństwem, które mu zapodajemy każdego dnia. Jeden organizm potrafi dłużej się bronić, inny krócej. I tylko od nas zależy czy mu w tym pomożemy czy nie. A pomóc możemy i to często w banalny sposób. Stąd pomysł na nowy dział na blogu, gdzie mam zamiar zamieszczać moje poczynania w tym kierunku. Będzie dużo ciekawostek nie tylko dotyczących tego co jemy, ale też tego czym się smarujemy. Odświeżymy sobie wiedzę z podstawówki na temat równowagi PH w organiźmie. Będziemy szukać odpowiedzi na pytanie: ja żyć zdrowo i nie zbankrutować. No i najważniejsze, będę wyszukiwać i testować dla was pełnowartościowe posiłki, które nie tylko są zdrowe ale i smaczne, bo wiecie, że uwielbiamy pyszne jedzonko :) Chcę zgłębić swoją wiedzę w tej kwestii i chcę się nią z wami podzielić, a co wy z tym zrobicie, to już będzie wasza sprawa :)

Zaskoczeni? Rozczarowani? :) Wiem, że większość z was spodziewała się działu parentingowego i tego że zostaniecie blogowymi ciotkami i wujkami, a tu całkiem inne, zupełnie niespodziewane zmiany. Ani jednej osobie nie udało się niestety zgadnąć o co chodzi :) Myślę jednak, że takie zmiany bardziej się wam spodobają, będą bardziej pożyteczne, ciekawsze, że was choć trochę zainteresują i że spojrzycie na swoje życie z innej strony :) Zatem do następnego wpisu :) Ściskam!


wtorek, 21 października 2014

Zmiany, zmiany, zmiany....


Podjęliśmy z Marcelem jakiś czas temu dość ważną decyzję, która zmieni w jakimś stopniu nasze życie. W sumie, to już dawno powinniśmy to zrobić, ale jakoś nigdy na to czasu nie było, albo po prostu byliśmy zbyt wygodni. No ale jak to mówią, lepiej późno niż wcale :) Zmiany w życiu pociągną za sobą zmiany na blogu. W najbliższym czasie dojdzie nowa, bardzo ważna rubryka, której mam zamiar poświęcić dużo czasu i uwagi. Wraz z dojściem nowej rubryki, nastąpią też zmiany wizualne. Planujemy mały lifting bloga, potrzebny jest jakiś powiew świeżości i może jakieś dodatkowe funkcje ułatwiające poruszanie się i szukanie ważnych dla was informacji. Mam nadzieję, że spodobają się wam te zmiany i że będziemy się tutaj wzajemnie wspierać i wymieć waszymi i naszymi doświadczeniami :) A co to za zmiany, dowiecie się już w następnym poście :)

A na fotkach typowo jesienny zestaw. Jesienne kolory, jesienne faktury. Kamizelkę już znacie, ale torebeczka to nowy nabytek :) W sumie miałam nie kupować w tym sezonie żadnych torebek, bo zaczyna mi powoli miejsca na nie w domu brakować, ale jak ją zobaczyłam to nie mogłam przejść koło niej obojętnie :)












kamizelka - Zara
bluzka - Zara
spodnie - Pepe Jeans
buty - Zara
torebka - Parfois

sobota, 18 października 2014

Les Calanques


Na ostatni dzień w Prowansji, planu żadnego nie mieliśmy. Generalnie miało być na luzie, na jakiejś fajnej plaży pomiędzy Toulonem a Marsylią. No właśnie tylko na jakiej. Otwieram rano laptopa i robię szybki research, gdzie by tu uderzyć. Wrzuciłam w google hasło „nice beach beteween Toulon and Marsellie” i pierwsze co mi wypluło to Cassis i Los Calanques. Hmmm…zdjęcia wyglądały bardzo obiecująco, jak to się stało, że ja wcześniej o tym miejscu ani nie słyszałam ani nie czytałam to nie wiem. No to zabieramy się w drogę. Los Calanques leży już przy samej Marsylii, a dokładnie w w pobliżu miasteczka Cassis. Zanim dotarliśmy do tego miejsca, jechaliśmy niemal cały czas wzdłuż wybrzeża, ale jakby nic ciekawego nie wpadło nam w oko. Po dotarciu do celu, okazało się, że w związku ze świętem 14 juillet, wszyscy oczywiście mają wolne i ruch na Los Calanques był taki, że nie było gdzie zaparkować. Dotarliśmy w końcu do dużego parkingu na samej górze, gdzie jak się okazało mogliśmy zapłacić tylko gotówką, której nie mieliśmy. No to znowu nawrotka do miasta. Przeciskanie się przez tłumy, szukanie bankomatu, i powrót na górę, udało się, zaparkowaliśmy! No to robimy najpierw rundkę po najbliższej okolicy, która wygląda tak:
















Nie wiem jak wy, ale ja byłam w kompletnym szoku. Oczom wręcz nie wierzyłam w to co widzę! To było zdecydowanie najpiękniejsze miejsce na Lazurowym Wybrzeżu i gdyby mnie było kiedyś stać na łódkę za kilkaset tysięcy, to na pewno nie stałaby w St Tropez, tylko właśnie tutaj! I nie wiem dlaczego to miejsce jest tak mało popularne, dlaczego nigdzie o nim nie piszą, albo może źle szukałam, nie wiem. Los Calanques zachwyciło nas totalnie, żałowaliśmy, że mamy do dyspozycji tylko jeden dzień, bo chętnie spędziłabym tutaj więcej czasu. Po krótkim spacerze, idziemy na lunch do malowniczo położonej restauracji. Ruch tam straszny, ale jakimś cudem udało nam się zdobyć wolny stolik. Po posileniu się idziemy na dłuższy spacer. Postanawiamy przejść na druga stronę zatoki.







Droga była bardzo malownicza, w zasadzie to nie mogłam przestać robić zdjęć. Lazurki tak dawały po oczach, że nawet okulary nie pomagały :) Jedyny minus był taki, że szliśmy górą i nie było za bardzo jak zejść do wody, żeby się ochłodzić, a w tym dniu słoneczko dawało się mocno we znaki. Tak sobie szliśmy i szliśmy, w sumie, to nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie idziemy. Na parkingu można było zaopatrzyć się w mapę, ale oczywiście nie pomyśleliśmy o tym. Dużo ludzi szło jakby w tym samym kierunku, więc, też szliśmy, bo w końcu jakiś cel tej wycieczki musi być. Trasa nie jest łatwa. Tzn chodzi głównie o bardzo śliskie kamienie, a właściwie głazy. W niektórych miejscach trzeba było wręcz wychodzić na czworakach, albo zjeżdżać na tyłkach, bo głazy były tak wyślizgane jak na lodowisku. Miejscami na prawdę niebezpiecznie, więc do dłuższej wędrówki zalecam jakieś inne butki niż klapki.






















Po jakiejś godzinie spaceru oraz braku widoku na jakiś cel naszej podróży zaczepiłam jakiś Francuzów, którzy szli obok i zapytałam gdzie my tak naprawdę idziemy. Okazało się że za cypelkiem jest plaża, a potem kolejna zatoczka  i kolejna, i tak naprawdę gdybyśmy mieli dużo czasu to możemy nawet dojść do Marsylii :) No to super, tam raczej nie dotrzemy, ale do tej plaży jakoś doczłapiemy, tym bardziej, że już ponoć daleko nie było. Końcówka była najgorsza, mega ślisko i niebezpiecznie, ale jakoś dotarliśmy, plaża wyglądała tak.




Zastanawiałam się dlaczego tak mało osób w wodzie, weszłam po kostki i już wiedziałam. Woda była zimna jak lód. Brrr...No to posiedzieliśmy troszkę na brzegu, odsapnęliśmy trochę, i ruszamy z powrotem. Sorki za ilość zdjęć, pewno się będzie post znowu zacinał, ale nie mogłam się powstrzymać, tak pięknie tam było!





Późnym popołudniem żegnamy się z lazurkami na Los Calanques i jedziemy w stronę Marsylii. Tam mamy ostatni nocleg w Ibisie, blisko lotniska, bo na następny dzień skoro świt wracamy do domku. Buuu….Nasza przygoda z Prowansją się skończyła. Podsumowując nasze wakacje powiem tylko tyle. Trochę świata już zobaczyliśmy i nie mamy w zwyczaju wracać w te same miejsca, ale Prowansja będzie zdecydowanie wyjątkiem! Tam wrócimy na pewno, i to nie raz, bo zostawiłam tam kawałek swojego serca. W ogóle to każdy ma swój kawałek ziemi na świecie, i mój jest zdecydowanie w Prowansji. W ogóle to miałam wrażenie, że kiedy 34 lata temu ktoś tam na górze zadecydował, że mam się urodzić, to pomyliły mu się kraje. Ja powinnam urodzić się i mieszkać we Francji! Tam jest moje miejsce, tam jest mój raj!

Informacje praktyczne:

Toulon - Cassis - 42 km
Cassis - Marsylia - 25 km
Parking przy Los Calanques - 8 euro za cały dzień
Pokój w Ibis Budget -  35 euro