poniedziałek, 21 lipca 2014

Marsylia

Pierwszy dzień naszej podróży po Prowansji zaczynamy w Marsylii. Około południa lądujemy na lotnisku i do razu kierujemy się w stronę głównego terminala (Ryanair ląduje na MP2) i szukamy Thrifty, gdzie zarezerwowane mamy autko. Mimo, że nigdy wcześniej nie słyszeliśmy o tej firmie, zaryzykowaliśmy wynajęcie samochodu u nich, bo byli najtańsi, jak się później okazało to jakaś odnoga od Hertza, bo stacjonują w tym samym budynku i obsługuje ta sama pani. Przed nami stała tylko jedna rodzinka, więc podpisanie dokumentów poszło bardzo sprawnie. Dla porównania przed Europcar stało chyba z 50 osób, więc cieszyłam się jak dziecko, że nie zarezerwowaliśmy u nich i że nie musimy stać w kolejce na tym upale. Na formularzu pani zaznaczyła nam, że samochód jest uszkodzony z przodu, z tyłu i z boku. Myślę sobie no to ładnie, dostaliśmy jakiegoś poobijanego staruszka ( pewno dlatego byli najtańsi i bez żadnych kolejek...hahaha...). Przychodzimy do auta, a tam nowiusieńki Nissan Micra, a owe uszkodzenia to małe ryski, których dość długo szukaliśmy. W niecałą godzinkę docieramy do hotelu (tym razem zaopatrzyliśmy się we własną nawigację, oszczędność ok 100 euro). Zarzucamy krótkie gatki na tyłek i ruszamy do centrum. Przechodząc obok pierwszej piekarni nie możemy się oprzeć i kupujemy pierwsze kroasanty :) Mniaaaam! Pychotka :) Bardzo sympatyczna pani sprzedawczyni tłumaczy nam jak mamy trafić na stację metra. Dobrze, że Marcel umie kilka słów po francusku, bo byśmy się na pewno nie dogadali :) ale było widać, że pani mocno się starała, żeby nam wytłumaczyć co i jak, co nas bardzo zaskoczyło. Udało nam się dotrzeć do metra, tam kolejny dylemat, jaką linią mamy jechać. Wyjęliśmy więc mapę z plecaka, kręcimy nią na prawo i lewo, podchodzi jakiś dziadzio i pyta czy nam może pomóc. Trochę po francusku, trochę po angielsku, trochę na migi i się dogadaliśmy :) Już po pierwszej godzinie we Francji obalam mity, że Francuzi są niemili i nieuczynni, wręcz przeciwnie. Metrem docieramy do serca Marsylii, czyli do portu. I tutaj kolejne zaskoczenie, bo port naprawdę piękny! Zaczynamy zatem plątanie się po jednej i drugiej stronie, foceniu i rozkoszowaniu ciepełkiem :) Czyli to co M&M-sy lubią najbardziej :)











Kiedy tak sobie spacerowaliśmy, zatrzymaliśmy się przy jednym z wejść na pomost przy którym zacumowane są łódki. Bramki pozamykane na szyfr, więc próbujemy zrobić fotkę gdzieś pomiędzy szczebelkami, wtedy to podchodzi do nas sympatyczny Francuz i pyta, czy chcemy wejść na pomost. Kiwamy nieśmiało głowami, lekko zdziwieni, a ten mówi nam, żebyśmy sobie zapamiętali kod jak będziemy wychodzić :) No takiej uprzejmości to chyba nie doświadczyliśmy chyba jeszcze nigdzie :)
Na pamiątkę poniżej zdjęcie z owym panem :)









Po spacerku wzdłuż i wszerz portu, postanowiliśmy coś zjeść. Weszliśmy w jakąś wąską, stromą uliczkę, samochody zaparkowane niemal jeden na drugim. Poobijane z każdej strony, z pourywanymi zderzakami. Pan który parkował na naszych oczach, najpierw zahaczył o lusterko samochodu z przodu, potem przepchną zderzakiem tego z tyłu....Normalnie zimny pot mnie oblał jak to zobaczyłam, od razu pożałowałam, że nie wykupiliśmy dodatkowego ubezpieczenia. Jeszcze jak sobie pomyślałam, że oni takie małe ryski skrupulatnie notują, no to na pewno pożegnamy się z kaucją. Ehhhh... Zatrzymaliśmy się w typowo francuskiej restauracyjce, z fajnym klimacikiem, gdzie serwowano wszystko z produktów biologicznych i home made. Zjedliśmy po sałatce, była przepyszna :) Niestety zdjęcia brak, bo byliśmy tak głodni, że od razu pochłonęliśmy wszystko co było na talerzu :)





Spacerując wcześniej wkoło portu wyczailiśmy, że mniej więcej co godzinę odpływa Ferry na wysepkę d'If na której znajduje się Château d'If. Po lunchu udaliśmy zatem po bilety i 10 min później siedzieliśmy już na promie. Taka  przejażdżka trwa ok 45 min i jest fajnym przerywnikiem w zwiedzaniu. Można zobaczyć Marsylię od strony morza, opłynąć zamek dookoła, lub nawet wysiąść i sobie go obejrzeć od środka, my nie mieliśmy za dużo czasu, więc tego nie zrobiliśmy. Można też kupić bilety na turystyczny prom, tylko, że wtedy płaci się raz tyle i cała podróż trwa nieco dłużej.













Na promie poznaliśmy pewnego młodego Rosjanina, który robił na jednej z wysp jakaś produkcję filmową i polecił nam udanie się do bazyliki Notre Dame de la Garde, ponoć piękne stamtąd widoki. Ponieważ nie mieliśmy jakichś szczególnych planów na resztę dnia, zrobiliśmy sobie spacerek do katedry. Po drodze spotkaliśmy sympatyczną panią, która wracała z pracy, z dwoma torbami wyładowanymi samymi pysznościami, owoce, warzywa, świeże bagietki :) ach, czuć że we Francji jesteśmy :) szliśmy sobie tak chwilkę z panią, skręcając to w prawo to w lewo, myśleliśmy, że mieszka gdzieś niedaleko bazyliki. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy doszliśmy do miejsca w którym widać kopułę, a pani nam mówi, że teraz mamy cały czas iść w jej kierunku, a sama poszła z powrotem. Mieliśmy cichą nadzieję, że mieszkała gdzieś za rogiem, i że nie nadrobiła kilometra, tylko po to, żeby nam wskazać drogę. Dotarliśmy do Notre Dame de la Garde i mamy takie oto widoczki :)











Przy bazylice pierwszy raz w życiu widziałam parę młodą, dwie kobiety w sukniach ślubnych :) Niespotykany widok :) Z powrotem chciałam jechać autobusem, ale Marcel się uparł, żeby iść piechotą, no to szliśmy sobie :) Trochę źle się idzie, bo stromo, ale do przeżycia. Dochodzimy do portu, a tam tłumy ludzi, głośna muzyka, okazało się, że trafiliśmy na paradę gejów :)





Wracamy do hotelu, bo robi się późno. Jutro zaraz po śniadanku ruszmy do Arles. Mimo, że w sieci dużo negatywnych opinii o Marsylii, to nam się bardzo spodobała. Nie spotkało nas żadne nieszczęście, nikt nas nie napadł, nie obrabował, ba nawet przez chwilę nie czuliśmy tam żadnego zagrożenia. Miasto jak każde inne, pełne turystów wszelkiej narodowości. 

Przydatne informacje:

- bilety lotnicze do Marsylii od 50 euro
- nocleg - Ibis Budget Marseille Timone- 43 euro za pokój
- wynajecie samochodu Nissan Micra na 10 dni 300 euro + benzyna ok 130 euro + ewentualne ubezpieczenie (my nie wykupowalismy)
- bilet na Ferry retour - 9,50 euro