poniedziałek, 15 września 2014

Rudości i motyle



Miał być dziś kolejny post z Prowansji, ale żeby się wam za bardzo lawendowe widoczki nie znudziły będzie trochę motylków, trochę rudości i kolejna ciekawostka z Wiatrakowa :)

Czy wiecie, że w Holandii zbieranie grzybów jest zabronione?

Nie pytajcie mnie dlaczego, bo nie wiem. Takie mają sobie przepisy i już. Durne zresztą! Przypuszczać mogę jedynie, że nadgorliwie dbają o swoją florę. Tutaj nie można niczego z lasu wynosić, nawet jednej borówki, nawet gałązki, bo gdyby jakiś pan nadleśniczy nas złapał to ma prawo nam wlepić mandat. Dlatego też Holendrzy nie uczą się w szkole jak odróżnić prawdziwka od szatana, no bo i po co, jak ani jednego ani drugiego nigdy do domu nie przyniosą. Plus jest tylko jeden, nie ma tutaj zatruć grzybami. Smutne jednak to, że nie można sobie pójść od tak po prostu do lasu na spacer i przy okazji przynieść koszyk grzybów na smażonkę albo pyszną zupkę. Brakuje mi tutaj tego...pamiętam jak byłam mała, tatko zawsze zabierał mnie na grzyby...oj jak ja to kochałam...










bluzka - Stradivarius
plaszczyk - H&M
spodnie- Stradivarius
torebka - River Island
buty - No Name

piątek, 12 września 2014

Roussillon + Sault + Simiane La Rotonde

Wstaje rano i znowu patrze, ze jakieś chmury kłębią się nad nami. No ale nic, po pysznym śniadanku ruszamy na dalsze poszukiwania lawendy. Właścicielka domu sugeruje nam żebyśmy pojechali do Sault, że tam ponoć pięknie i dużo lawendowych pól. W sumie o Salut czytałam już wcześniej dużo dobrych opinii, ale jakoś wydawało mi się to nie po drodze. No ale dobra, co tam jedziemy! W końcu to tylko 30 km. Pierwszy postój robimy w Roussillonie, w miasteczku ochry. Bardzo klimatyczne miasto mieniące się kolorami ochry, usytuowane jest na stoku góry przy krawędzi wąwozu. To jedno z największych zagłębi ochry na świecie - eksploatowane od dwóch tysięcy lat pokłady. Również sama miejscowość zbudowana jest w dużej mierze w kolorach ochry. Wszystko to tworzy niesamowicie malowniczą scenerię o nieprawdopodobnych kolorach.























Z Roussillonu ruszamy od razu w kierunku Sault z nadzieją na spotkanie ogromnych pól lawendy. Ja już w samochodzie tańczę, śpiewam, doczekać się nie mogę :) Ale lawendy jak nie było tak nie ma. W sumie nie wiedzieć czemu spodziewałam się tej lawendy gdzieś po drodze i to w mega wielkich ilościach, a tutaj nic. Zaczynam się już trochę niepokoić, gdzie ta moja lawenda. W końcu widzę, krzyczę! Jest, tam...gdzieś daleko, jakiś fioletowy kwadracik, na dole, do niego polna ścieżka, no to jedziemy, bo gdyby to miał być pierwszy i ostatni kwadracik to za nic w świecie nie chciałabym go ominąć :) I nawet słonko zaczęło wyglądać z zza chmur i całe szczęście, bo powiem, wam że lawenda bez słońca to już nie ma tego samego uroku :) Sesja w pierwszym miejscu się odbyła, a jakżeby, zdjęcia w następnym poście, teraz tylko widoczki :)
 






Potem po drodze spotkaliśmy jeszcze oczywiście całe mnóstwo takich kwadracików. Przy każdym kilka fotek zrobiliśmy. Jedne były bardziej fioletowe, inne mniej. Niektóre widać było ewidentnie, że już powolutku przekwitają. Tak więc jesteśmy tutaj dosłownie w ostatnim momencie. Saultu nie zwiedzaliśmy, bo znowu wstrzeliliśmy się w porę sjesty i wszystko było zamknięte. Udało nam się tylko kupić pizzę, żeby wrzucić coś nie coś na ruszt. Wzięliśmy na wynos, wyjechaliśmy za miasto, przycupnęliśmy w pierwszym lepszym lawendowym polu i zrobiliśmy sobie mały piknik :) Nie wiem, czy ta pizza była taka dobra, czy to widoki sprawiały, że nam tak smakowała, ale tak sobie siedzieliśmy, jedliśmy i wzdychaliśmy, że to jeden z naszych najpiękniejszych lunchyków w życiu :)






Brzuszki i oczy zasycone możemy zatem ruszać dalej. Nasz kolejny punkt to Simiane La Rotonde. Tutaj jest nasza baza noclegowa, a samo miejsce słynie z najpiękniejszych pól lawendy. Najpierw udajemy się do naszego domku. Znowu mamy problem ze znalezieniem, bo adres jakiś mało konkretny. Nawigacja nie może sobie poradzić. Dzwonimy, na szczęście spokojnie można dogadać się po angielsku, pan nam tłumaczy co i jak więc jedziemy. Nasz domek znajduje się na obrzeżach miasta. Z głównej drogi zjeżdżamy w szutrową i tak jedziemy nią chyba z kilometr, albo i więcej, po drodze ani jednego domu, jedziemy, jedziemy, już mamy wrażenie że jesteśmy gdzieś na końcu świata. Ale w końcu jest, jest nasz domek. W szczerym polu, tylko ten domek i nic więcej, dosłownie jak na wsi, do tego piękne widoki :)





Samochód zaparkowany, ale jakoś dziwnie tu pusto. Nikt nas nie powitał, szukamy jakiegoś wejścia do domu, ale generalnie ciężka sprawa, tu schodki, tam schodki, ale drzwi wszędzie pozamykane. W końcu jakaś pani krzyczy na nas z okna, że mamy sobie wejść do pokoju nr 2, bo ona teraz gotuje i nie może zejść na dół. Marcel jak tylko usłyszał o gotowaniu, od razu wprosił nas na obiad ( za odpłatą oczywiście:)), a ja obczajam, który to ten nasz pokój. Otwieram rozlatujące się w rękach drzwi, widzę łóżko, nic poza tym, trochę ciemno, zimno, zapach wilgoci, myślę sobie, eee...to na pewno nie tutaj. Szukam więc zawzięcie dalej, ale kolejny pokój zamknięty na klucz. Marcel informuje mnie radośnie, że znalazł pokój numer dwa, no więc biegnę i co? Okazuje się, że to właśnie ten ciemny, zimny i surowy pokój. Aaaaa....! Wpadłam w panikę, mówię Marcelowi, że ja tutaj w życiu nie zasnę, że szukamy innego miejsca. A ten cały w skowronkach, że on nigdzie się stąd nie rusza, bo to najfajniejsza miejscówka jaką mieliśmy do tej pory. WTF??? Fakt z zewnątrz może i była do najfajniejsza miejscówka, w idealnym klimacie, ale ten surowy klimat pomieszczenia jakoś nie trafił w mój gust.



Marcel zachwycony widokami poszedł sobie na obchód posesji, ja zmarznięta ( tak dokładnie, tam było mega zimno, do tego wiał taki wiatr, że wydawało się, że głowę urwie) wczłapałam do łóżka i trochę uporządkowałam zdjęcia w komputerze. Z godzinkę mi  z tym zeszło, Marcela dalej nie ma. Dzwonie do niego, nie odbiera, dzwonie drugi raz, dalej nic, piąty, dziesiąty. No cholera, gdzie on polazł i czemu nie słyszy tel, to generalnie do niego nie podobne. Poszłam zatem na poszukiwania, i w sumie, to wcale nie musiałam długo szukać, z daleka widziałam jak łazi gdzieś tam w trawie. No to wołam czemu nie odbiera telefonu, a on jak to? Przecież on nic nie słyszy. Szybko się okazało, że telefonu przy sobie nie ma, czyli znaczy, że gdzieś zgubił. Od razu panika. To, że gubi telefon przynajmniej raz w tygodniu to norma, ale to zawsze w domu i zaraz się znajduje, a tutaj hektar łąki z trawą po pas i szukaj sobie babo wiatru w polu. Na szczęście przypomniał sobie, że siedział na jakimś kamieniu i może tam mu wypadł, udało się kamień znaleźć a i telefon leżał obok. Ufff co ja z nim mam, wiecznie coś gubi.
Do kolacji mamy jeszcze ze dwie godzinki, wskakujemy więc w autko i jedziemy zrobić rekonesans po okolicy. Oczywiście odwiedzamy kolejne pola lawendowe. Zjeżdżamy z głównej ulicy i znowu jakimiś małymi szutrowymi dróżkami docieramy do pięknych fioletowych pól. Napstrykaliśmy całą masę fotek, ze wszystkich możliwych stron, i we wszystkich możliwych pozycjach :) pojechaliśmy dalej, do kolejnego i do kolejnego, aż w końcu zorientowaliśmy się, że trzeba wracać na kolację. Podjechaliśmy pod nasz domek, chce wyjąć klucz od pokoju z torebki, a tu zonk. Torebki nie mam. A co za tym idzie nie tylko klucza do pokoju, ale także paszportów, biletów powrotnych, kart płatniczych/kredytowych, pieniędzy na resztę wakacji i całej masy innych dokumentów. Fuck! Możecie się tylko domyślić jaka wtedy była panika i z jaką prędkością wracaliśmy do odwiedzanych pól lawendy. Oczywiście nie wiedzieliśmy w którym polu ta torebka została, ale tutaj na szczęście pomógł nam aparat. Od razu przejrzałam wszystkie fotki i już wiedziałam na których torebkę miałam przewieszoną, a na którym już nie. Z prędkością światła byliśmy na miejscu. Przeszukaliśmy wszystkie grządki i trawę dookoła gdzie chodziliśmy, ale nie znaleźliśmy jej. Zostało nam jeszcze jedno możliwe miejsce. Jedziemy, a w mojej głowie przebiega tysiąc myśli. Co teraz, wakacje skończone to na pewno, ale jak my w ogóle do domu wrócimy bez paszportów. Dotarliśmy, znowu szukamy....Na szczęście torebka leżała w trawie. Ufffff....nie macie pojęcia jak skakałam z radości, ale takich emocji nie życzę na wakacjach nikomu.









Późno, bo późno ale załapaliśmy się jeszcze na kolację, w której towarzyszyła nam trójka sympatycznych Chińczyków. Jedzenie było zjadliwe, ale zupełnie bez smaku i znacznie odbiegało od tego co jedliśmy w restauracjach, a skasowali nas tak samo. Dlatego też raczej nie polecam tam jeść. Ogólnie to spać też nie, ale co kto lubi. Ciepła woda skończyła się zanim zdążyłam spłukać odżywkę z włosów, więc generalnie drugi raz bym tam nie zawitała, nawet dla tych sielskich widoczków. Poza tym za tę kasę można chyba w lepszym miejscu przenocować, z równie fajnymi widokami. Moja wymarzona miejscówka w tych okolicach, to była tutaj, ale niestety już w naszym terminie wszystkie pokoje były zajęte. Właściciele, też jacyś tacy oziębli, mało sympatyczni, ogólnie wyrażali małe zainteresowanie nami. Chińczycy zgodnie podzielili naszą opinię.

Przydatne informacje:

Roussillon - Sault - 30 km
Sault - Simiane La Rotonde - 21 km
Le Gite de Chaloux- cena za pokój 74 euro ze śniadaniem + obiad 20 euro od osoby