środa, 1 października 2014

Kanion Verdon


Dzień ósmy w Prowansji. Plan na dziś to Kanion Verdon, 26 kilometrowy pas rzeki wyrzeźbiony w jurajskim wapieniu. Po pysznym śniadanku i pożegnaniu z właścicielami restauracji zjeżdżamy w okolice zalewu. Widoczki mamy dookoła cudne. Nogę trzeba jednak dobrze trzymać na hamulcu, bo drogi wąskie, a przepaść na dole przyprawia o zawroty głowy.












Docieramy wreszcie do jeziora. Najpierw zatrzymujemy się w punkcie widokowym na akwedukt. Robimy sobie krótki spacerek. Pogoda znów jakaś niewyraźna. Rano było jeszcze piękne błękitne niebo, a potem jakby im niżej tym więcej chmur się nad nami kłębiło. Ponoć trafiliśmy na jakąś anomalię pogodową w Prowansji, bo zwykle o tej porze roku są okropne upały. Nie powiem, żebym nie była z tego powodu zadowolona. Zdecydowanie bardziej wole zwiedzanie w 25 stopniach aniżeli w 30, a chmurki dodają często fajnego klimatu :) Najważniejsze, żeby nie padało.








Parkujemy w pobliżu mostu i wynajmujemy rowerek wodny, żeby popływać sobie po pięknym turkusowym akwedukcie. Można też wypożyczyć kajak, dla leniwych jest też opcja łódki elektrycznej, ale jak dla mnie największa frajda była rowerkiem. Choć Marcel się czasami skarżył, że zamiast pedałować to się obijam :) ale ja naprawdę pedałowałam, tylko jak robiłam zdjęcia to musiałam się na nich skupiać :)








W związku z pogodą na jeziorku było raczej spokojnie, nie było jakiegoś ścisku, ale domyślam się, że kiedy słonko przygrzewa, ludzików chętnych na tę atrakcję nie brakuje. Sądząc po ilości wypożyczalni z rowerkami i kajakami, w słoneczny dzień musi być tutaj całkiem spory ruch. A tutaj mamy bardzo dowcipnego pana, który celowo wciągnął swoich współtowarzyszy pod wodospad :) Panie nie były tym obrotem zdarzeń zbyt zachwycone :)






Rowerek oddajemy i w zasadzie to zbieramy się w stronę naszego kolejnego miejsca noclegowego. Co prawda w planie było plażowanie nad jeziorkiem, ale ponieważ słonka nie ma i raczej nic nie wskazuje na to, żeby miało się pojawić nie mamy innego wyjścia. Wyłączamy w nawigacji drogi główne i jedziemy sobie powolutku do Flayosc. Wybraliśmy tę miejscowość, ponieważ w St. Tropez ceny były masakrycznie wysokie, a chcieliśmy być jak najbliżej, żeby kolejnego dnia nie tracić za wiele czasu na podróż. Flayosc było mniej więcej w połowie drogi z Verdonu do St Tropez. Po nie całej godzinie podróży docieramy na miejsce, które podbija nasze serca :)








Dwa słowa jeszcze o naszej lokalizacji. Świetne położenie pomiędzy Verdon, a St Tropez.  Jedna z bardziej klimatycznych miejscówek jakie mieliśmy. Dobrze oznaczona, bez problemu ją znaleźliśmy. Pokój w 100% spełniał nasze oczekiwania. W prowansalskim stylu, z okna piękny widok na miasteczko. Śniadanko w pięknym i uroczym ogródku, same pyszności, wybór tak duży, że cięzko było się zadecydować co jeść. Dżemiki, wędlinki, serki, owoce, świeży soczek z pomarańczy, pyszna kawa. Fakt, że za śniadanko sobie sporo liczą, ale w takim otoczeniu to sama przyjemność. A taki mieliśmy widok z okna :)





 Informacje praktyczne:

Verdon - Flayosc - 65 km
Wypożyczenie rowerka wodnego na godzinę w Verdon- 15 euro
La Vieille Bastide - cena pokoju - 80 euro + śniadanie 13 euro od os

wtorek, 30 września 2014

W morzu lawendy

Znaleźć się w morzu lawendy to było jedno z moich większych marzeń. Pamiętam kiedy planowałam swój ślub, motywem przewodnim miała być lawenda, a w podróż poślubną mieliśmy jechać do Prowansji i tam marzyła mi się sesja w sukni ślubnej :) No ale jak to w życiu bywa, wystarczyło, że w lipcu nie było wolnych miejsc w naszej restauracji i cały plan się sypnął. Lawendy jeszcze w czerwcu nie było i tak z lawendowego motywu został mi jedynie kolor :) I choć od ślubu minęły ponad dwa lata, to jakby nie ma wielkiego znaczenia, bo marzenie udało się spełnić :) Sukienka choć nie ślubna, to biała :) Przepraszam za ilość zdjęć, ale nie mogłam się zdecydować, tyle ich mężu napstrykał dla mnie :)